Witajcie po bardzo długiej przerwie. Kto śledzi fanpage’a bloga na Facebooku, wie, że milczenie nie było bynajmniej spowodowane brakiem tematów (tych nigdy dość) czy weny twórczej (która wręcz mnie rozpiera), tylko – jak to mówią Włosi – dolce attesa, czyli słodkim oczekiwaniem na równie słodkie Maleństwo, które pojawiło się w naszej rodzinie na początku kwietnia.

Niemniej jednak pamiętam też o moim wirtualnym dziecku i już spieszę z przedstawieniem Wam kolejnego, niezmiernie aktualnego problemu, jakim jest obecnie w Salento tajemnicza xylella.Cóż to takiego?

Otóż xylella – jak możemy przeczytać choćby w Wikipedii – to bakteria atakująca uprawy winorośli (powoduje u winogron chorobę Pierce’a), drzewa cytrusowe (wywołując u nich raka) oraz oliwne (te ostatnie pod jej szkodliwym wpływem usychają). W drewnie zarażonych roślin dochodzi do powstania swoistego żelu, który uniemożliwia swobodny przepływ wody przez naczynia, doprowadzając tym samym do zablokowania procesu odżywiania. Najbardziej typowym objawem zarażenia xylellą jest pojawianie się u chorej rośliny suchych gałęzi zwłaszcza na poziomie korony. Do tej pory najbardziej znane przypadki zarażenia roślin xylellą można było znaleźć na obu kontynentach amerykańskich, rzadko w Azji (na Tajwanie), a od 2010 roku również w Europie – a konkretnie w jednym, jedynym jakże drogim nam miejscu – na Półwyspie Salentyńskim, gdzie zainfekowała drzewa oliwne.

Widziane pod mikroskopem tkanki drzewa oliwnego zaatakowanego przez xylellę. Źródło: it.wikipedia.org

No właśnie, drzewa oliwne – chluba i duma Salento, jedno z największych bogactw naturalnych półwyspu.

Nie jestem sobie w stanie wyobrazić salentyńskiego krajobrazu bez ciągnących się kilometrami gajów oliwnych, gdzie królują wiekowe drzewa, które właściwie towarzyszą człowiekowi od zarania dziejów. Ich wartość doceniło również UNESCO, wpisując je na listę światowego dziedzictwa.

Nie jestem sobie w stanie wyobrazić jakiegokolwiek tradycyjnego salentyńskiego czy typowo włoskiego dania bez dodatku pysznej, delikatnej oliwy produkowanej z miejscowych oliwek. Na ich smaku i jakości ponały się nie tylko całe Włochy, ale również reszta świata.

Nie wyobrażam sobie przyszłości półwyspu i jego mieszkańców bez gajów oliwnych i oliwek, których uprawa jest podstawową gałęzią rolnictwa oraz przemysłu, a także niezwykłym wabikiem na turystów, którym marzą się pobyty w gospodarstwach agroturystycznych otoczonych sędziwymi wiekowymi drzewami.

Nie wyobrażam sobie Salentyńczyków bez tego, co stanowi poniekąd podstawę ich jestestwa, co jest – niczym drzewo oliwne w ziemi – głęboko zakorzenione w ich sercach. O tym, jak ważne są dla miejscowych te gaje, świadczy chociażby mnogość przysłów, powiedzeń i mądrości ludowych, w których głównymi bohaterkami są właśnie oliwki.

Nie wyobrażam sobie w końcu bezbrzeżnej głupoty unijnych biurokratów, którzy są gotowi wydać 13 milionów euro (!!!) na prewencyjne wykarczowanie wszystkich drzew oliwnych, a nie są w stanie przeznaczyć jednego centa (!!!) na badanie zarażonych oliwek i ich leczenie.

Ale, ale – czy rzeczywiście wszystkie drzewa, których los wydaje się przesądzony, są chore?

No właśnie NIE. Na przebadanych 13 250 drzew, jedynie w 234 (!!!) znaleziono xylellę. Podobne objawy daje zakażenie niektórymi grzybami. Zatem NIE wiadomo tak naprawdę, na co cierpią usychające drzewa. Ewentualna decyzja o wycince powinna być podjęta co najwyżej w stosunku do tych, gdzie faktycznie znaleziono xylellę, a i to tylko i wyłącznie po wypróbowaniu wszystkich dostępnych środków ratowania oliwek. Co więcej, nawet usunięcie wszystkich salentyńskich drzew oliwnych nie rozwiąże problemu, bowiem xylella jest w stanie zaatakować 300 innych gatunków roślin. A co jeśli po wycince gajów oliwnych, odkryją obecność bakterii w winnej latorośli? A jeśli przerzuci się na migdałowce lub czereśnie? Unia każe usunąć wszystkie winnice i wykarczować wszelkie drzewa owocowe? To może od razu odciąć cały obcas od reszty buta?

Czy w ogóle istnieją inne (niż wycinka) środki ratowania roślin? Ależ oczywiście! Wystarczy zapytać jakiegokolwiek (starszego) Salentyńczyka czy praktycznie każdego mieszkańca wsi, by dowiedzieć się, jak należy pielęgnować i leczyć drzewa, chociażby siarczanem miedzi i wapnem (po 3 miesiącach od ich zastosowania widać było znaczącą poprawę).

Odgórny plan wyrębu drzew i jego błyskotliwi pomysłodawcy w ogóle jednak nie wzięli żadnej z powyższych propozycji pod rozwagę, tylko z hurra optymizmem skazali na śmierć symbol Salento. Ów plan zakłada wycinkę wszystkich (ou! WSZYSTKICH!) drzew w pasie od południowego krańca półwyspu do okolic Gallipoli (ognisko zapalne choróbska), wszystkich drzew w pasie w bezpośrednim sąsiedztwie Lecce oraz utworzenie specjalnej strefy buforowej w północnym Salento (chroniąc tym samym resztę Apulii). Kiedy to słyszysz, czemu nie grzmisz, Boże?!?!?!

Salentyńczycy są zrozpaczeni. Póki co dzielnie stawiają czoła urzędniczej głupocie, przywiązując się do drzew, wchodząc na nie, tworząc blokady broniące dostępu do gajów oliwnych, protestując i pisząc petycje. Niektórzy dopatrują się w obecnej sytuacji działania celowego: najprostszym sposobem na zniszczenie (dosłowne) małego regionu z wielkimi ambicjami jest zabicie podstawy jego gospodarki i turystyki. Wielu nie dziwi fakt, że przewidywany pas buforowy oddziela Salento od – niespodzianka, niespodzianka – reszty Apulii. Przypadek?

Niedowierzanie

Przypadek czy nie, naprawdę rozdziera serce widok płaczących starszych osób, rolników o ogorzałych od południowego słońca twarzach, pokrytych bruzdami spracowanych dłoniach, którzy obejmują wiekowe drzewa i własnymi ciałami zasłaniają je przed ciężkim sprzętem.

We włoskich dziennikach mówi się o wszystkim, nawet o tym, co raczej „poważnym” serwisom newsowym nie przystoi (doniesienia z płytkiego światka celebrytów), ale ani słowem nie wspomina się o tragedii Salento. Ciekawe, czy gdyby jakiś mikrob zaatakował na przykład winnice Toskanii, to nie huczałby o tym cały świat?

Tym bardziej cieszy fakt, że jedna z najfajniejszych, najbardziej profesjonalnych „hien” z programu Le iene, moja ulubiona Nadia Toffa, zrobiła rzetelny reportaż, który wyemitowano 2 kwietnia.

Sytuacja jest rozwojowa. Mam nadzieję, że pomysłodawcy tego chorego rozwiązania (o wiele bardziej chorego niż zainfekowana garstka drzew) pójdą po rozum do głowy, skorzystają z doświadczenia i mądrości salentyńskich rolników, którym na własną rękę domowymi sposobami udało się uzdrowić wiele drzew.

A tym, którzy znają język włoski, gorąco polecam reportaż Nadii Toffy, w którym wypowiadają się też artyści, jak Caparezza czy Al Bano.