Czego by nie mówić – Salento jest daleko i nie chce być inaczej 😉

Podróż jakimkolwiek środkiem transportu nie należy do najszybszych i najwygodniejszych, nawet jeśli wybierzemy najmniej uciążliwą (ale raczej nie dla portfela) opcję, jaką jest samolot. Niestety zlikwidowano bezpośrednie połączenia Warszawa-Bari, mimo iż lotniskiem par excellence dla Salento jest port lotniczy w Brindisi. Dolecimy tam, podróżując z przesiadką w jednym z większych włoskich miast (aczkolwiek najbardziej dogodny będzie wybór Rzymu). Niestety jest to spory wydatek, bo o ile do Włoch w ogóle raczej bez problemu dolecimy tanimi liniami, to już połączenia krajowe obsługuje głównie Alitalia – a ta kosztuje. Czasami, w zależności od sezonu, można znaleźć tańsze połączenia obsługiwane przez linie low cost na trasie Rzym-Brindisi, niekiedy w naprawdę bardzo korzystnej cenie. Generalnie wygodniej jest podróżować jednym przewoźnikiem (no właśnie Alitalią), wtedy odpada opcja ponownego nadawania bagażu do Brindisi.

Lotnisko w Brindisi z lotu ptaka

Aeroporto del Salento

Jeśli nie samolot, to może samochód?

My od zawsze udajemy się do Salento samochodem. Kierują nami głównie względy praktyczne – na ponad dwa miesiące ciężko by nam było zabrać się ze wszystkim do samolotu (zwłaszcza w drodze powrotnej, kiedy do Polski jedziemy z całym bagażnikiem przepysznych zapasów :)), poza tym nie wyobrażam sobie pobytu tutaj bez auta. Jasne, można je przecież wypożyczyć, ale koszty biletów samolotowych dla całej rodziny + gwarantowany nadbagaż + auto wynajęte na tak długi okres = horrendalne koszty.

Z Warszawy (do Lecce mamy ok. 2 200 km) jedziemy przez Cieszyn, następnie Czechy i Austrię. Nie jest to najkrótsza możliwa droga, ale tu bierze górę siła przyzwyczajenia i dość dobra znajomość tego odcinka. Oczywiście to nie tak, że podróż własnym autem nic nie kosztuje. Wręcz przeciwnie – do wydatków na benzynę, jedzenie po drodze i co najmniej jeden nocleg należy doliczyć opłaty za autostrady. Do Czech i Austrii kupuje się winiety, których koszt zależy od tego, na jak długo taką winietę wykupujemy; my wybieramy zawsze najkrótszą możliwą. I tak:

Czechy – 10 dni – 310 CZK (46 zł)

Austria – 10 dni – 8,50 € [+ ew. opłaty „za pośrednictwo”]

W drodze do Włoch „Staatsgrenze” to jedno z moich ulubionych niemieckich słów

Italia 1 km

Jeszcze tylko jeden kilometr…

We Włoszech natomiast płaci się za faktycznie przejechane kilometry. Do Włoch wjeżdżamy (jadąc od Grazu i Villach) w Tarvisio, gdzie po kilkunastu kilometrach pobieramy bilet, który – zakładając, że po drodze nie zjeżdżamy z autostrady np. na nocleg – oddajemy dopiero w bramce w Bari Nord, gdzie zaczyna się droga szybkiego ruchu.

AutostradaWjazd na A23, tuż po przekroczeniu granicy z Austrią

Autostrady we Włoszech są dobrze utrzymane (stale coś jest poprawiane, remontowane i udoskonalane) i oznakowane [kolor zielony], można się nawet pokusić o stwierdzenie, że miejscami są wręcz malownicze; niektóre odcinki A14 są położone bardzo blisko morza (stąd nazwa Autostrada Adriatica), jezdnie rozdziela pas zieleni, gdzie rosną oleandry – pięknie!

Wracając jednak do faktów: od Tarvisio jedziemy A23 (autostrada Alpe-Adria) w kierunku Udine, a następnie zjeżdżamy (wszystko odbywa się bardzo płynnie, bez konieczności pobierania nowych biletów) na A4 w kierunku Wenecji i Padwy. Kolejny etap to A13, którą udajemy się do Bolonii, gdzie w końcu trafiamy na A14, prowadzącą aż do Apulii, do Bari-Nord, gdzie za całą włoską trasę zapłacimy (dane z czerwca 2014) 75 €. Bardzo dużo (za dużo!, biorąc pod uwagę fakt, że w tym roku na terenie regionu Marche większość autostrady A14 w stronę Bari była remontowana – mimo iż nie widzieliśmy żadnych robotników ani maszyn – i do ruchu oddany był zaledwie jeden pas, co miało zdecydowanie negatywny wpływ na komfort i szybkość jazdy).

Zjazd na SS16 z obwodnicy Bari

Z Bari kierujemy się na Strada Statale 16 (SS16, oznakowanie niebieskie), która jest częścią E55, do wybranego przez nas punktu w Salento.

Po czym poznać, że wjeżdża się do tego podregionu (nazwę go tu w ten sposób, bo administracyjnie cały czas oczywiście jesteśmy w Apulii)? Cóż, nie odnotujemy z całą pewnością jakiejś znaczącej zmiany w krajobrazie czy mijanych budynkach, ale pojawia się coraz więcej znajomych nazw, podawana jest już bardziej szczegółowo liczba kilometrów dzielących nas od salentyńskich miast i miasteczek, a poza tym – jak twierdzi mój mąż i ja mu wierzę – to się po prostu czuje 🙂

A może przez morze?

Wiemy już, jak dotrzeć na obcas włoskiego buta drogą powietrzną i lądową. Czy to wszystkie możliwości? Nie, bowiem w Salento mamy kilka portów, z i do których regularnie kursują promy i statki wycieczkowe. Z Polski raczej nie wybierzemy tej opcji, ale może ona być pewną alternatywą, jeśli podróż zaczniemy w jednym z adriatyckich portów lub gdy chcemy przedłużyć wakacje na jednej z greckich wysp o półwysep Salento. I tak do Brindisi na przykład możemy dopłynąć z Grecji czy Albanii.

Port brindisi 1Port w Brindisi, źródło: www.porto.br.it

Istnieje też – oczywiście – możliwość dojechania pociągiem z dowolnego włoskiego miasta (niekiedy z koniecznością przesiadki, szczegóły na stronie Trenitalia) lub autokarem z Polski. Ta ostatnia opcja jest dłuuuuga (z Warszawy ponad 36 godzin) i męcząca (częste przystanki), ale czasem nie ma wyboru.

Dworzec kolejowy w Lecce, źródło: www.galatina2000.it

Między sobą główne miasta półwyspu Salento są połączone drogami szybkiego ruchu, praktycznie wszędzie (gdy nie ma korków) możemy się dostać w maks. 2 godziny. Mniejsze miasteczka łączą ze sobą drogi gminne, po których może nie zawsze podróżuje się wygodnie, ale które na pewno mają swój urok i pozwalają na lepsze poznanie krajobrazu.

Na jakąkolwiek opcję byśmy się nie zdecydowali czy ile by nas ostatecznie przelot/przejazd nie kosztował – i tu zakończę banałem, który może aż tak banalny nie jest 😉 – naprawdę warto!!!