Każdy turysta przebywający w Lecce prędzej czy później (zdecydowanie prędzej) trafi na Piazza Sant’Oronzo, który to plac znajduje się w samym sercu miasta i zawsze tętni życiem. Nawet podczas największego upału, kiedy nam wydaje się, że już ledwo zipiemy, przy słynnej kolumnie wielkiego świętego (tudzież wielkiej kolumnie najsłynniejszego w Salento świętego) zawsze toczy się życie. No właśnie – dziś będzie o tak zwanym „eleganckim salonie Lecce”, czyli jednym z najważniejszych i najbardziej turystycznych placów na Półwyspie Salentyńskim.

Piazza Sant’Oronzo mvPiazza Sant’Oronzo – kadr z filmu Mine vaganti; źródło filmweb.pl

Jak tam trafić?

Nic prostszego! Jeśli przyjedziecie do stolicy prowincji samochodem i zostawicie go w dość oczywistym punkcie, jakim jest Piazza Mazzini, będziecie jedynie musieli pokonać niezbyt długi odcinek Via Salvatore Trinchese (odcinek dość bezbolesny, nawet w największy skwar, chociaż wybierzcie na zwiedzanie Lecce raczej dogodniejsze i bardziej „ludzkie” godziny – poranne lub popołudniowe).

Piazza Sant’OronzoZwiedzanie Lecce w pochmurny lipcowy dzień (2009).

Nasz docelowy plac widać już z daleka, gdyż po pierwsze, kończy się tam zwarta i dość ciasna zabudowa mijanych przez nas uliczek, jakże charakterystycznych dla centrum zabytkowego Lecce; po drugie, już z daleka uda się nam dojrzeć spoglądającą z prawie 30-metrowej kolumny podobiznę świętego z wyciągniętą przed siebie ręką; po trzecie to właśnie tam wypatrzymy szyld… McDonald’sa (bardziej turystycznie już się nie da!). Faktycznie, jak zamierzano otworzyć najsłynniejszy na świecie bar szybkiej obsługi właśnie na Starówce perły salentyńskiego baroku (dodam, że np. KFC czy Pizza Hut tam w ogóle nie ma, zresztą – moim zdaniem – ta ostatnia akurat we Włoszech traci rację bytu), pojawiły się głosy krytyki i oburzenia. Dość tradycyjne i konserwatywne poniekąd miejscowe środowisko nie mogło pojąć, kto przy zdrowych zmysłach, mając na wyciągnięcie ręki bary i trattorie (jeśli nie z ciepłymi, bardziej przypominającymi domowe, posiłkami, to przynajmniej z pożywną prawdziwą kanapką), w ogóle zwróci uwagę na charakterystyczne złote łuki „M” na czerwonym tle. A jednak… Bez bicia przyznaję, że raz tam poszliśmy, ponieważ już-teraz-zaraz-natychmiast chciałam i musiałam napić się zimnej Coli (nawiasem mówiąc – kiepski pomysł na upał: po słodkim chce się jeszcze bardziej pić, a dodatkowo nie wiadomo, z jakiej wody robią lód do napojów).

Oczy w górę, oczy w dół, czyli co zobaczyć?

Na samym Piazza Sant’Oronzo warto zwrócić uwagę na dwa elementy: kolumnę ze świętym, którego imię nosi cały plac, oraz na mozaikę przedstawiającą salentyńską wilczycę – la lupa salentina. Oczywiście gdybym chciała teraz wymieniać i opisywać, jakie zabytki znajdują się w bezpośrednim sąsiedztwie Piazza Sant’Oronzo, nie skończyłabym tego wpisu do Nowego Roku, gdyż ich liczba i piękno są po prostu oszałamiające: poza palazzi z lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku są tam: Kościół Św. Marka; il Sedile – dawna siedziba urzędników królewskich; budynek dawnego żeńskiego zakonu Minimów (Ordo fratrum minimorum), gdzie obecnie znajduje się Ratusz; i wreszcie nieźle zachowany rzymski amfiteatr. O tych wszystkich zabytkach będzie jeszcze oczywiście mowa przy okazji innych wpisów.

Zwróćmy jednak najpierw nasze oczy ku górze:

ColonnaColonna di sant’Oronzo, niedzielny spacer, lipiec 2010.

Nad całym placem dominuje kolumna wraz z wieńczącą ją figurą świętego Oroncjusza. Kolumnę wznieśli w samym sercu miasta w XVII wieku mieszkańcy Lecce, którzy chcieli tym gestem wyrazić świętemu wdzięczność za położenie kresu epidemii dżumy. Kolumna (ok. 25 metrów wysokości), będąca darem miasta Brindisi (jedna z dwóch znajdujących się na krańcu starożytnej Via Appia), usytuowana jest na olbrzymim cokole o kształcie prostopadłościanu i zakończona dwoma kapitelami korynckimi (umieszczonymi jeden na drugim). Na nich znajduje się wykonana z drewna (i pokryta miedzią) figura świętego. O nim samym będę jeszcze pisać, bowiem jest jednym z najsłynniejszych i najważniejszych salentyńskich świętych, nie ograniczającym się bynajmniej jedynie do Lecce.

Figura świętego wieńcząca kolumnę.

A teraz spuśćmy wzrok. Na samym środku placu znajduje się pokaźnych rozmiarów mozaika przedstawiająca salentyńską wilczycę (i jednocześnie herb Lecce). Nawiasem mówiąc, nazwa miasta wywodzi się od łacińskiego Lupiae (a lupia to po łacinie właśnie „wilczyca”). Istnieje przesąd, wedle którego nie powinno się wchodzić na mozaikę, tylko obejść ją dość szerokim łukiem. Nakaz ten dotyczy głównie studentów zbliżających się do egzaminu magisterskiego – podobno przejście „po wilczycy” przynosi uczelnianego pecha i przekłada się na nieprędkie uzyskanie dyplomu… Ja byłam już po jednym magisterium, na kilka lat przed drugim, więc zaryzykowałam:

Osobom znającym język włoski polecam poniższy króciutki filmik właśnie na temat pecha, jakiego przynosi ponoć podeptanie wilczycy:

Coś dla ciała, coś dla ducha

Po nasyceniu wzroku otaczającym nas pięknym widokiem i zaspokoiwszy wewnętrzne pragnienie estetyki, możemy pomyśleć o lekkiej przekąsce – a o takową na Piazza Sant’Oronzo nie trudno. Właściwie z każdej strony placu z łatwością znajdziemy kawiarnie, lodziarnie czy bary (no i oczywiście jedynego w Lecce McDonald’sa!), otwarte do późnych godzin nocnych. Nie ma to jak aperitivo salentino z widokiem na świętego i rzymski amfiteatr!

Można też kupić sobie gdzieś nieco dalej coś na wynos i przysiąść na schodach prowadzących z amfiteatru na plac, co nierzadko czynią „tubylcy”. Oczywiście dotyczy to pobytu w Lecce między majem a wrześniem, bo w listopadzie – mimo iż uroczo – nie polecam siadania na kamiennych stopniach. Jeśli akurat zdarzy się Wam być w Salento w drugiej połowie sierpnia, zarezerwujcie sobie 26 VIII na wycieczkę do Lecce. Dzień ten jest oficjalnym świętej św. Oroncjusza i w mieście, a zwłaszcza na rzeczonym placu, wiele się dzieje.

Warto jednak wziąć też pod uwagę – jeśli o zwiedzaniu i wycieczkach mowa – okres świąteczny. Czyż nie jest uroczo:

Ech, pojechałoby się do Lecce na Boże Narodzenie… 🙂

Póki co słyszymy się w środę! Buona settimana!