Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy może sobie czasowo pozwolić na spędzenie w Salento więcej niż dwóch tygodni, a i one niekiedy bywają luksusem. Dlatego zacznę od zaproponowania wycieczki, którą spokojnie można odbyć w przeciągu jednego dnia, która nie jest wybitnie męcząca, ale dzięki której można w ciągu kilku godzin poznać niektóre perły Salento „w pigułce”. Niezbędny jest jednak samochód, którym pokonamy całe salentyńskie wybrzeże Adriatyku. Poza autem warto mieć przy sobie (lub na sobie): strój kąpielowy, ręcznik, krem do opalania, aparat fotograficzny, okulary przeciwsłoneczne, gumowe buty do wody (na skałki), coś do picia + ewentualnie małą przekąskę oraz mnóstwo cierpliwości.

Pisałam już, że w Salento istnieje wiele rodzajów dróg. Na potrzeby dzisiejszej wycieczki zapominamy o Superstradzie szybko i wygodnie łączącej Lecce z Santa Maria di Leuca, w większości nie interesuje nas też droga prowincjonalna przecinająca kolejno wszystkie gminy. Nie. Dziś skupimy się na tak zwanej litoranea, czyli drodze biegnącej wzdłuż wybrzeża, z której cały czas będziemy mieć świetny widok na zapierający dech w piersiach Adriatyk (a im bardziej na południe będziemy jechać, tym wrażenia wizualne będą bardziej niesamowite). Dzisiejsza wycieczka nie zakłada jednak zwiedzania nadmorskich miasteczek, a „jedynie” (ba! ładne mi jedynie) podziwianie morza i salentyńskiej urokliwej nadmorskiej przyrody. Punktem startu niech będzie Casalabate, czyli najbardziej wysunięta na północ marina prowincji Lecce. Ten obszar charakteryzuje się pięknymi piaszczystymi plażami, aczkolwiek nie brak tu też scogli (czyli skałek). Nie są one jednak zbyt wysokie, trudno tu znaleźć majestatyczne biały klify, tak charakterystyczne dla południowego Salento.

Torre Chianca; zdjęcie dzięki uprzejmości Mondo Salentino

Początkowy odcinek nie należy do najciekawszych, można by rzec: ot tam, plaże, jakich wiele. I oczywiście jest to poniekąd racja. Jeśli ktoś, tak jak ja, siedzi w Salento nawet i trzy miesiące bez przerwy, może próbować plażowania czy morskich kąpieli na całej długości wybrzeża, ale jest to nie do zrobienia podczas krótszego urlopu. (Uwaga: celem poprzedniego zdania nie było przechwalanie się, tylko niejako stwierdzenie prostej prawdy: przez trzy miesiące w jednym miejscu można fiknąć z nudów, więc siłą rzeczy jedzie się to tu, to tam, żeby czymś wypełnić wakacyjną rzeczywistość. Owszem jest ona słoneczna, włoska i dość na luzie, ale jednak po kilkunastu dniach robi się rutynowa. Dodajmy do tego fakt, że świat się nie zatrzymuje tylko dlatego, że my przyjeżdżamy z wizytą – znajomi chodzą normalnie do pracy, rodzina ma swój stały harmonogram dnia, więc po jakimś czasie trzeba sobie samemu coś zorganizować, na przykład uroczą wycieczkę, czy plażowanie kilkanaście kilometrów od domu.) Zatem ruszamy! Właściwa wycieczka zaczyna się na wysokości San Cataldo, typowo turystycznej nadmorskiej miejscowości, bowiem tam droga zaczyna biec coraz bliżej brzegu.

Mapa Salento (właściwie prowincji Lecce, bo to ona nas dziś interesuje, a konkretnie wybrzeże Adriatyku); źródło: www.salentoogle.it

Dojeżdżamy do San Foca, małego, schludnego centrum rybackiego, które rozkwit przeżywa głównie w miesiącach letnich. Tu możemy zdjąć nogę z gazu, ale niekoniecznie musimy już wysiadać z samochodu. San Foca słynie ze swojego turystycznego portu, który jest jednym z najważniejszych obok Brindisi i Otranto. Wybrzeże tej mariny jest skaliste, tylko gdzieniegdzie pojawia się niewielka plaża piaszczysta. Droga robi się bardzo urokliwa, aczkolwiek jeśli pokonujemy ją w szczycie sezonu, przypomina ona slalom-gigant: mnóstwo aut (a my już wiemy, jak jeżdżą miejscowi) i turystów o mało skoordynowanych ruchach, a jak się jeszcze trafi przydrożne mercato, to w ogóle nie ma co marzyć o jeździe szybszej niż 30 km/h (jak dobrze pójdzie). Kilka kilometrów za San Foca zacznijmy szukać parkingu (no chyba że zachowamy się tubylcy i parking sam się znajdzie… Gdzie? Tu albo tam, byleby totalnie nie tarasować przejazdu innym…), gdyż zbliżamy się do Roca Vecchia. Miejscowość ta znana jest z prowadzonych tam wykopalisk archeologicznych, wieży strażniczej z XVI wieku, ruin zamku, sanktuarium Madonna di Roca z XVII wieku oraz – przede wszystkim (skoro interesuje nas głównie morze) – Grotta della Poesia.

Grotta della Poesia, Roca Vecchia

Do groty można wejść – prowadzą do niej kamienne, dość wygodne schodki. Co więcej, można w niej nawet popływać. Woda jest krystalicznie czysta, nie jest tam bardzo głęboko, ale na pewno nie jest to kąpielisko odpowiednie dla dzieci (mimo iż nie jest BARDZO głęboko, to jednak tuż przy „brzegu” dno się zdecydowanie obniża, ponadto wszędzie są mniej lub bardziej śliskie skały; również dorosły dla własnej wygody i bezpieczeństwa powinien się zaopatrzyć w specjalne obuwie do wody, co zresztą widać na pierwszym zdjęciu – pływająca para ma na stopach niebieskie gumowe buty). W pierwszej połowie lat osiemdziesiątych XX wieku wewnątrz Grotta della Poesia zostały odkryte dawne inskrypcje, które jednoznacznie wskazują na istnienie w przeszłości kontaktów między tym obszarem a Albanią.

Zanim dojdziemy z powrotem do samochodu, górna część stroju kąpielowego na pewno będzie sucha. Co do dolnej – wystarczy usiąść na złożonym ręczniku plażowym i problem z głowy. Po kilku kilometrach czeka nas kolejny przystanek, bowiem dojechaliśmy do Torre dell’Orso, pięknego kąpieliska znanego ze swej srebrzystej plaży ciągnącej się na długości ok. 800 m. Dzięki leżącemu nieopodal Kanałowi Otranckiemu Adriatyk jest w tym miejscu niezwykle przejrzysty i czyściuteńki; nic dziwnego, że wielokrotnie marina ta została wyróżniona Bandiera Blu (niebieską flagą). Na tyłach plaży znajduje się rozległa pineta, wprawdzie nie naturalna, a posadzona w czasach faszystowskich, co oczywiście nie ma dziś większego znaczenia.

pinetaPineta w Torre dell’Orso

Jakie by nie było jej pochodzenie, na pewno dodaje temu obszarowi wiele uroku, ale nie za wiele chłodu, więc na próżno szukać tam w lecie dającego się mocno odczuć wytchnienia (mam tu na myśli część lasu położoną wyżej; ta tuż za plażą na wydmach wydaje się bardziej łaskawa dla łaknącego cienia turysty). Przynajmniej ja tam takowego nie znalazłam; powietrze stoi w miejscu. Sauna. Niemniej jednak Torre dell’Orso to nie tylko cudna plaża, las, wieża strażnicza oraz – jak można było przewidzieć – groty i jaskinie, używane w przeszłości jako magazyny na całe osprzętowanie rybackie oraz lokum, gdzie latem lokalna ludność spędzała wakacje. Nie, Torre dell’Orso to przede wszystkim jeden z najsłynniejszych salentyńskich widoków – Le Due Sorelle, czyli dwie bliźniacze kolumny wystające z morza. Pochodzenie ich nazwy (pl. „dwie siostry”) wyjaśnia legenda, wedle której dwie siostry, chcąc choć na chwilę oderwać się od codziennej rutyny, postanowiły zakosztować morskiej kąpieli. Przybyły do Torre dell’Orso, dały nura do Adriatyku, a że akurat pogoda nie dopisywała (burza), nie były w stanie dobić z powrotem do brzegu. Bogowie, współczując nieszczęsnym siostrom, postanowili zamienić je w dwie skały. Prawda czy nie, zdjęcie z siostrami trzeba sobie zrobić.

Jeden Salentyńczyk i dwie siostry

Pewien szejk arabski, zauroczony pięknem sióstr, postanowił je sobie wybudować przy swej prywatnej plaży w Dubaju. Tak też można, chociaż za takie pieniądze lepiej się wybrać raz na jakiś czas do Salento i podziwiać oryginał 🙂

torre dell orso msTorre dell’Orso, zdjęcie dzięki uprzejmości Mondo Salentino

Zadowoleni, artystycznie i wizualnie spełnieni, wracamy do samochodu, ale tylko na chwilkę, bo za kilka kolejnych kilometrów dojedziemy do Sant’Andrea. Jest to spettacolo allo stato puro, urzekający widok, piękno przyrody w najczystszej formie. Nie będę nawet próbować opisywać tego zjawiska, oto kilka zdjęć:

Jednak nie samym widokiem człowiek żyje, nawet jeśli jest on (widok, nie człowiek) tak cudny jak Sant’Andrea czy mijane przez nas po lewej wybrzeże.

baia dei turchi msBaia dei Turchi, kilka kilometrów na Północ od Otranto. Zdjęcie dzięki uprzejmości Mondo Salentino.

Czas coś zjeść i choć na chwilę odpocząć od samochodu, klifów i morza (choć od tego ostatniego do końca wycieczki nie da się tak naprawdę uciec). Jedziemy do Otranto!

Widok na OtrantoOtranto z lotu ptaka, zdjęcie dzięki uprzejmości Mondo Salentino

W zależności od ilości czasu, jaką dysponujemy, możemy mniej lub bardziej dokładnie zwiedzić to urokliwe miasteczko, niezwykle ważne zarówno dla teraźniejszości, jak i przeszłości półwyspu (to od niego wzięła się synonimiczna nazwa całego Salento: Terra d’Otranto).

Otranto

W dzisiejszym wpisie nie będę przedstawiać trasy zwiedzania ani historii Otranto. Powiem jedynie, że można tam odpocząć w parku znajdującym się tuż obok Starego Miasta (w którym znajduje się też parco giochi dla małych podróżników, pewnie trochę niezadowolonych, że rodzice nie pozwolili im dać nura do wody z majestatycznego klifu), spróbować lokalnych specjałów w jednym z wielu lokali, zjeść dobre lody i zrobić sobie miły spacer po zacienionych uliczkach.

Po obiedzie przydałaby się prawdziwa siesta, ale wylegiwać się będziemy po skończonej wycieczce. Nasz kolejny cel to Porto Badisco (gdzie podobno miał się zatrzymać sam Eneasz z Eneidy Wergiliusza).

Grotta dei cerviNeolityczne malowidła skalne w Grotta dei Cervi, źródło: www.salentonet.it

To właśnie tu znajduje się słynna Grotta dei Cervi, w której znaleziono neolityczne rysunki wykonane guanem nietoperzy. Niestety nie jest ona dostępna dla zwiedzających, co wcale nas nie zniechęca, gdyż robimy zdjęcia przepięknych widoków, ewentualnie wskakujemy do morza, by już za chwilę pokonać kolejne 15 kilometrów i dotrzeć do Santa Cesarea Terme, która z roku na rok gości coraz więcej kuracjuszy, leczących w jej termalnych wodach (m. in. siarczkowych i jodkowych) problemy skórne oraz choroby stawów.

Santa Cesarea Terme

Santa Cesarea Terme 2Santa Cesarea Terme

Następnym punktem programu jest Castro Marina, część miasteczka Castro, która może pochwalić się wspaniałym portem rybackim, sanktuarium Madonna di Pompei oraz – a jakżeby inaczej – słynnymi również poza granicami Włoch jaskiniami – Grotta Zinzulusa raz Grotta Romanelli. Ta druga została odkryta na początku XX wieku i znacząco przyczyniła się do polepszenia naszej wiedzy o faunie i florze sprzed ponad 10 tysięcy lat. Natomiast Zinzulusę możemy zwiedzić (wstęp płatny), a także popływać w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Woda na tej wysokości wybrzeża jest bardzo głęboka, ale mimo tej głębokości dno jest idealnie widocznie z poziomu brzegu (co świadczy o niezwykłej czystości Adriatyku w tym miejscu). Na tych, którzy boją się kąpieli w otwartym morzu, czekają baseny z widokiem na wszystkie wymienione przed chwilą cuda przyrody (oczywiście korzystanie z basenów jest płatne).

castro marinaCastro Marina, zdjęcie dzięki uprzejmości Mondo Salentino

Zinzulusa

Grotta Zinzulusa, źródło: www.spieggedelsalento.it

Jedziemy dalej, cały czas mając po lewej Adriatyk. Właściwie można się zatrzymywać co chwilę, by podziwiać piękne widoki i uwieczniać je na kolejnych zdjęciach, jak chociażby to poniżej. A proposito – urok tutejszego wybrzeża na tym właśnie odcinku dostrzegli i docenili spece od reklamy samochodów. Kojarzycie te nadmorskie ujęcia, drogi biegnące tuż nad przepaścią, słońce, piękne auta pokonujące kolejne wiraże malowniczych tras… No właśnie, niektóre z takich filmów reklamowych są kręcone waśnie tutaj.

Marina Serra tricase MSMarina Serra, zdjęcie dzięki uprzejmości Mondo Salentino

Po drodze mijamy Gagliano del Capo, miasteczko o bardzo bogatej historii, sięgającej epoki brązu. Gdybyśmy mieli więcej czasu (i ochoty, o co na tym etapie wycieczki może być coraz trudniej), moglibyśmy pójść pozwiedzać zachwycające zabytki sakralne, wiele wspaniałych palazzi miejskich czy po prostu Stare Miasto. Jednak tym, z czego Gagliano słynie najbardziej, jest Canalone del Ciolo, niesamowity wąwóz, którego nazwa pochodzi od dialektalnej nazwy srok (ciole lub giole), które niegdyś zamieszkiwały ten kanał. U jego ujścia znajduje się maleńka plaża, najczęściej mocno „zaludniona”. Jest to wymarzone miejsce dla amatorów turystyki podwodnej.

Gagliano del capoPlaża w Gagliano del Capo, źródło: www.lupuzzu.it

Il Ciolo

Ostatnim punktem programu jest Santa Maria di Leuca, wysunięty najbardziej na Południe punkt Salento. Tu kończy się świat, tu kończy się ziemia – finis terrae. Zwykło się przyjmować – ale jedynie na potrzeby turystyczne – że to właśnie tutaj łączą się oba morza – Adriatyk i Morze Jońskie. Co więcej, faktycznie niekiedy udaje się dostrzec bardzo wyraźną linię podziału wód. O co w tym wszystkim chodzi? Czy myślenie życzeniowe płata figle i podsuwa oczom obrazy, których nie ma?

Finis terraePunkt styku dwóch mórz? Źródło: www.lecceprima.it

Otóż „oficjalną” granicą między tymi dwoma akwenami wodnymi jest Kanał Otrancki (linia między Punta Palascia we Włoszech i Capo Linguetta w Albanii, po albańsku Kepi i Gjuhezes), czyli znacznie wyżej niż by się nam mogło wydawać. Skąd więc te dwa kolory wody? Jest to punkt styku dwóch prądów morskich – jednego z Zatoki Tarenckiej i drugiego właśnie z Canale d’Otranto. Ot, i zagadka rozwiązana, a że opowieść na tym nieco traci (wszak lepiej naocznie doświadczyć spotkania dwóch mórz niż prądów), zawsze można ją nieco podkolorować po powrocie do domu 😉 (opowieść, nie zdjęcia – o kolory w Salento dba przyroda).

Leuca 1

Leuca costaSanta Maria di Leuca

Na zwiedzanie Leuki trzeba by poświęcić kilka dobrych godzin, a na to na dzisiejszej wycieczce raczej czasu już nie mamy. Wybierzemy się tu z wizytą innym razem. Teraz wspomnę jedynie, że miejscowość ta słynie ze swych dziewiętnastowiecznych villi, wspaniałych kościołów (wśród których muszę wymienić Basilica di Santa Maria de finibus terrae), latarni morskiej, wieży strażniczej La Torre dell’Omomorto i – jakżeby inaczej – niesamowitych jaskiń i grot, jak np. Grotta del Drago.

Grotta del dragoGrotta del Drago, zdjęcie dzięki uprzejmości Mondo Salentino

Jako że jest to ostatni etap naszej wycieczki, możemy się rozluźnić, bo już się nam absolutnie nigdzie nie spieszy. W Leuce możemy coś przekąsić, pospacerować, zażyć ostatniej kąpieli lub wynająć łódkę (ze sternikiem) i pozwiedzać groty od strony morza.

Amatorzy wodnych kąpieli, Leuca

Można też rozważyć (bardzo polecam!) odwiedzenie zarówno Otranto, jak i Santa Maria di Leuca wieczorem. Robią niesamowite wrażenie.

Leuca by nightLeuca by night, zdjęcie dzięki uprzejmości Mondo Salentino

Na tym kończymy dzisiejszą wycieczkę. Na wstępie napisałam, że nie będzie ona wybitnie męcząca, ale trochę jednak jest. Zwłaszcza jeśli (90% przypadków) wybieramy się na nią latem, w palącym słońcu. Z jednej strony przy takiej pogodzie morze wydaje się bardziej niebieskie, klify bielsze, w związku z czym wrażenia wizualne mamy gwarantowane. Jednak to ciągłe wsiadanie do samochodu i jego opuszczanie, zmiany temperatury, schodki w górę, schodki w dół mogą dać się we znaki.

Wycieczka nie jest w sumie długa, gdyż Casalabate (nasz punkt startowy) od Santa Maria di Leuca (punkt docelowy) dzieli ok. 100 kilometrów (jeśli by się jechało drogą szybkiego ruchu). Litoranea jest nieco dłuższa, gdyż w przeciwieństwie do Superstrady nie przecina półwyspu, tylko „wślizguje” się prawie w każdą adriatycką zatokę. Naturalnie nie musimy wracać tą samą drogą – wszystko już widzieliśmy, możemy spokojnie się zrelaksować (my pasażerowie), podczas gdy kierowca jeszcze chwilę się pomęczy.

Koszt wycieczki może być niewielki, ale pod warunkiem, że będziemy mieć ze sobą picie i prowiant. Wówczas inwestycja w trasę (poza czasem i energią) będzie równa cenie, jaką zapłacimy za benzynę.

Co do czasu trwania naszej gita (wł. wycieczka) – również zależy on od nas; można się zatrzymywać na bardziej szczegółowe zwiedzanie miasteczek, popływać w poszczególnych zatoczkach, coś zjeść. Myślę, że na zrealizowanie powyższej trasy trzeba sobie zarezerwować minimum trzy godziny. Costa Adriatica wynagrodzi nam z nawiązką każdy wydany na wycieczkę grosz (eurocent), każdą poświęconą jej godzinę: historia sięgająca początków ludzkości, zapierające dech w piersiach dzieła matki natury, słońce, owoce pracy ludzkich rąk (kościoły, palazzi, wieże strażnicze), popisowe dania kuchni salentyńskiej… Serdecznie polecam. Naprawdę warto. Do wtorku!