Wprawdzie dziś miało być w moim oryginalnym zamierzeniu o czymś innym, ale jako że wczoraj rano Warszawę powitał pierwszy śnieg (bo trudno nazwać tę nikłą jego warstwę, po której po chwili nie było ani śladu, białym puchem) i złotą polską jesień (czy – szerzej – jakąkolwiek jesień) można definitywnie uznać za zakończoną, postanowiłam poświęcić dzisiejszy wpis zjawisku zwanemu „zimą” w jego odmianie salentyńskiej.

No właśnie, Włochy, a zwłaszcza te południowe, kojarzą się nam ze wszystkim tylko nie z zimą, mrozem, śniegiem i wszechogarniającym chłodem. Czy zima na Półwyspie Salentyńskim jest łaskawa dla jego mieszkańców? Czy kiedykolwiek zdarzają się na obcasie opady śniegu? Czy temperatura spada poniżej zera? Jak bronią się Salentyńczycy przed niezbyt sprzyjającą aurą? Po kolei…

O klimacie i jego odczuciu słów kilka

Salento bez wątpienia znajduje się w strefie klimatu podzwrotnikowego w jego odmianie śródziemnomorskiej, co generalnie objawia się ciepłymi (żeby nie powiedzieć – upalnymi) latami i łagodnymi zimami, które – co warto dodać – są dość krótkie. Bardzo rzadko temperatura spada poniżej zera (a nawet jeśli, to głównie po zachodzie słońca), a opady śniegu odnotowuje się niezmiernie rzadko (żeby nie powiedzieć – prawie w ogóle).

Jak wygląda statystycznie grubość „pokrywy” śnieżnej na półwyspie? Źródło: www.supermeteo.com

To, na co skarżą się zimą mieszkańcy półwyspu, to częste deszcze, dokuczliwy wiatr oraz niesamowita wilgotność powietrza. Salento jest z trzech stron otoczone morzem, co niezwykle wpływa nie tyle na temperatury i pogodę, ale głównie na ich subiektywne odczuwanie. Latem powietrze jest niekiedy tak wilgotne, że aż lepkie, a i zimą sprawa ma się niestety podobnie. Nawet jeśli słupek rtęci łaskawie zatrzyma się na standardowych zimowych 5-6°C, to wilgoć bijąca od strony morza sprawia, że chłód ti entra nelle ossa, czyli przenika aż do kości i bardzo trudno jest się przed nim skutecznie bronić. Podobnie jak ma to miejsce latem, również i zimą głównymi bohaterami są – jeśli o wietrze mowa – tramontana i scirocco (o których pisałam tutaj). Podczas tego pierwszego (który również i w miesiącach zimowych okazuje się bardziej ludzki i całkiem łaskawy) nad Salento nawiewane są masy suchego powietrza z północy, tramontana przegania chmury, w związku z czym dni są pogodne i słoneczne. Niekoniecznie fajny jest spacer pod wiatr, bowiem jego podmuchy bywają dość silne, ale da się przeżyć. Oczywiście o wiele gorsze jest (sorpresa! sorpresa!) scirocco, które łagodnie, bo łagodnie (czyli podstępnie) uderza w człowieka chłodną wilgocią, tudzież wilgotnym chłodem, i niekiedy nawet najcieplejsza salentyńska kurta nie daje mu rady. Zimą mnóstwo Salentyńczyków się przeziębia, właściwie trudno znaleźć osobę, która nie narzeka na ból w kościach, katar, kaszel, ból gardła/ucha/głowy. Wszystko przez ten okropny wiatr; faktycznie już tak im weszło w krew zwalanie winy za jakikolwiek mankament zdrowotny na scirocco, że nawet jak się dostaje – dajmy na to – wysypki, od razu się słyszy, że to tylko botta te jentu.

Opady śniegu zdarzają się niezwykle rzadko. Jeśli już wystąpią, to swoją „obfitością” przypominają raczej warstwę kurzu na niesprzątanym kilka dni meblu, aniżeli biały puch znany nam z naszych zim. Naturalnie nawet tak mizerny opad jest w stanie skutecznie (no ba!) zablokować i wręcz uniemożliwić jakiekolwiek formy aktywności (żeby nie powiedzieć – egzystencji w ogóle) na półwyspie. Nie wiadomo, jak się ubrać (czasem nawet wiadomo jak, tylko nie ma w co), jakie buty założyć, jak się poruszać samochodem w tak niesprzyjających warunkach (a pewnie pamiętacie stąd, jak się poruszają Południowcy w warunkach raczej dogodnych, wyobraźcie sobie, co musi się dziać, gdy spadnie śnieg – o zgrozo!)… Niemniej jednak (żeby już nie było tak dołująco) śnieg jest okazją do świętowania i zabawy, w każdym odzywa się dziecko, które cieszy się odrobinę „białego szaleństwa”.

Do tej pory wspomina się w Salento „zimę stulecia”, która wypadła (o dziwo) w marcu 1987 roku, kiedy pokrywa śnieżna wyniosła ponad 30 cm (!!!). W mojej rodzinie często się o tym mówi, ponieważ w samym środku tej anomalii pogodowej przyszła na świat moja szwagierka (wyobrażam sobie stres jej mamy, która musiała w bólach porodowych jakoś dobrnąć wśród śniegu do sąsiedniej miejscowości. Dla nas to normalka, ale tam…).

Jeden z lokalnych burmistrzów wpadł kiedyś na genialny pomysł i kupił z okazji opadów śniegu dwa pługi, których chyba od tamtej pory ani razu nie użyto. Tak, nie tylko u nas władzy za publiczne pieniądze przychodzą do głowy ciekawe (żeby nie powiedzieć – absurdalne) idee…

Jak Salentyńczycy radzą sobie z zimą?

To zależy. Jeśli ktoś ma to szczęście, że mieszka w domu/bloku należącym do nowego typu budownictwa, zima na pewno nie jest mu straszna. O wiele gorzej mają ci, którzy są (nie)szczęśliwymi posiadaczami domów di una volta, czyli dość leciwych. Na ogół są one bardzo wysokie (mają nawet cztery metry), co sprawia, że jakiekolwiek ciepło (generowane przez kominek czy piecyk gazowy lub elektryczny) od razu rozprasza się po całym pomieszczeniu i na pewno nie trafia w zadowalającej dawce do zmarzniętych domowników. Okna w starszych domach mają pojedyncze szyby i nie zawsze są szczelne – wystarczy zimą chwilę poobserwować firankę; albo w danym domostwie straszy i duch z uporem maniaka uczepił się akurat zasłon, albo (i to właśnie to prozaiczne wyjaśnienie jest prawdziwe) po prostu wiatr bez problemów dostaje się do środka przez nieszczelności. To nie koniec – stare domy bardzo rzadko (żeby nie powiedzieć – nigdy) mają kaloryfery, pozostaje więc dogrzewać się piecykiem gazowym, grzejnikiem elektrycznym (czego miłym następstwem są rachunki za gaz/prąd) lub innymi sposobami: napalić w kominku (o ile się go posiada), nagrzać łóżko zawczasu termoforem lub ciepło się ubrać. Znajomi do tej pory ze wzdrygnięciem się wspominają zimy spędzane w domu Babć – spali w szaliku, rękawiczkach i czapce; tacy wystrojeni paradowali również w dzień. Najgorsze było czytanie książek – żeby przewrócić stronę, trzeba było zdjąć rękawiczkę, brr…

Jeśli już o zimowym ubiorze mowa – jest on zdecydowanie lżejszy niż u nas. Rzeczy wełniane tak, kurtki tak, ciepłe skarpety tak, ale ocieplane buty o wiele rzadziej, czapka tylko, kiedy jest naprawdę zimo. Poniżej moi drodzy i jak zwykle blogowo-usłużni krewni ubrani na typowo zimowo:

Elisa z mężem w bożonarodzeniowym Lecce, grudzień 2013.

Cóż rzec, turyści często zachwycają się danym fragmentem jakiegoś kraju, „poznawszy” go w ciągu dwóch tygodni często w odmianie hotelowej w najpiękniejszej porze roku. A prawda jest niekiedy taka, że poza klimatyzowanym hotelem lato na południu Włoch może być baaardzo upalne i męczące, a zima – której w najgorszych, bo najgorętszych momentach lipca i sierpnia wyczekuje się z utęsknieniem – też nieźle potrafi dać w kość (dosłownie!).

Niemniej jednak, co pisałam już jako podsumowanie wielu wpisów – WARTO! Warto nie tylko z powodu niesamowitych widoków, smaków, zapachów, wielkiej uprzejmości i życzliwości mieszkańców, które na pewno wynagrodzą nam „męczenie” się z aurą, ale przede wszystkim dlatego, że na własnej skórze możemy choć przez krótki czas poczuć, jak to jest naprawdę żyć w danym miejscu.

PS. Dziś na ogromne GRAZIE zasługuje bez wątpienia Maria Antonietta, która w formie wręcz elaboratu odpowiedziała na wszelkie moje pytania.