Raz, dwa, trzy, liczysz ty!

Nawet nie będę zaczynać od usprawiedliwiania mojej kilkumiesięcznej nieobecności na blogu. Od razu przejdę do dzisiejszego zagadnienia, które wspaniale wpisuje się w moment roku, w którym się obecnie znajdujemy. Otóż mamy miesiąc numer JEDEN, dzień numer SZEŚĆ, święto TRZECH Króli. Kłania się zatem liczenie w szalonym zakresie do dziesięciu, dlatego też koniecznie musimy to wykorzystać i nauczyć się liczyć po salentyńsku. Jednak w naszym przypadku o jakichkolwiek szaleństwach można zapomnieć i skupimy się jedynie ma zakresie 1-100. (więcej…)

Czytaj więcej

Lecce przez dziurkę od klucza…

No nie do końca przez dziurkę od klucza, ale po kolei…

Lecce, nawet daleko poza granicami Salento i Włoch, słynie nie tylko ze swojego paticciotto czy carta pesta, ale przede wszystkim ze swego bogatego dziedzictwa zabytkowego, kulturalnego i architektonicznego. Jedyny problem polega na tym, że o ile słodkie wypieki czy wytwory z pietra leccese są dostępne dla wszystkich, to już niektóre z barokowych perełek zarezerwowane są jedynie dla wybranych, których własność stanowią. Na szczęście osoby te nie tylko dbają o swoje budynki, utrzymując je w dobrym stanie, podnosząc ich zabytkową wartość kosztownymi niekiedy pracami restauracyjnymi, ale również raz na rok otwierają drzwi do swych domostw, zapraszając do ogrodów, pokazując dziedzińce, dzieląc się z turystami i miejscowymi (którzy czasem nie zdają sobie sprawy, jakie skarby tkwią za murami i bramami, obok których regularnie przechodzą) tym namacalnym, skrywanym na co dzień i niedostępnym dla szerszej publiczności pięknem. (więcej…)

Czytaj więcej

Oda do arbuza

Kolejne salentyńskie wakacje (lato 2015) trwają już od ponad trzech tygodni. Mam mnóstwo pomysłów na nowe wpisy, ale w tym roku jest tak makabrycznie gorąco, że na samą myśl o tym, żeby spędzać wieczory (czy którąkolwiek część dnia) przed emitującym ciepło komputerem, robi mi się słabo. Jednak dziś uzbrojona w wentylator i miseczkę arbuza zabieram się za krótki post poświęcony temu ostatniemu. Bez arbuza (po włosku anguria, w dialekcie lu mulune) moja salentyńska letnia egzystencja stanęłaby niechybnie pod ogromnym znakiem zapytania. (więcej…)

Czytaj więcej

Drewniane cuda i cudeńka

Nie będzie odkrywczym stwierdzenie, iż na obszarze Półwyspu Salentyńskiego nie ma zbyt wielu lasów czy zagajników, z których można by czerpać materiał, jakim jest bohater dzisiejszego wpisu: drewno. Niemniej jednak od XVI wieku Salento jest miejscem, gdzie powstają przepiękne wyroby drewniane. Początkowo były to głównie meble oraz inne elementy wyposażenia domów szlacheckich i kościołów: chóry, ołtarze, sztukaterie sufitowe, tablice ołtarzowe, drzwi, biblioteczki, sekretarzyki itp. (więcej…)

Czytaj więcej

„Allacciate le cinture” – czyli Özpetek znów w Salento!

Jakiś czas temu pisałam o jednym z najważniejszych filmów, których akcja rozgrywa się w stolicy Salento – Lecce. Chodziło oczywiście o miłość i makarony, czyli „Mine vaganti” włoskiego reżysera tureckiego pochodzenia Ferzana Özpeteka. Twórca ten jednak nie poprzestał na jednym obrazie, który w całości umieścił w barokowej perle Południa (chociaż samego „turystycznego” Lecce – podobnie jak to miało miejsce w przypadku „Mine vaganti” – zobaczymy tu raczej niewiele). Wcale nie zamierzałam wrzucać na bloga właściwie jedna po drugiej recenzji filmów Özpeteka, ale traf chciał, że całkiem niedawno telewizja Sky emitowała właśnie Allacciate le cinture, więc grzechem byłoby nie skorzystać, a że dzięki temu mam go w miarę na świeżo, to nic tylko się dzielić! :) (więcej…)

Czytaj więcej

Salentyńskie kinderbale

Jeszcze jakieś pięć lat temu nie do pomyślenia było, że nasza salentyńska bella compagnia przy wyborze miejsca na wspólne spędzenie czasu będzie się kierować czymś innym niż menu czy wysokość cen, a mianowicie: czy dany lokal (a zwłaszcza stoły ustawione na zewnątrz) nie znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie ulicy; czy nie posiada (kiedyś jakże pożądanego) basenu; czy nie jest restauracją, która po jakiejś określonej godzinie przemienia się w hałaśliwą dyskotekę; czy wystrój nie jest zbyt elegancki (czytaj: podatny na ewentualne zniszczenia); a za to liczyć się będzie, czy miejsce owo proponuje atrakcje dla najmłodszych, takie jak: plac zabaw, dużo miejsca do biegania, dogodny dostęp dla wózków, łazienki z przewijakami. Od razu dodam, że aż takiego znaczenia nie ma w Salento (i chyba w całych Włoszech) fakt, czy dana restauracja oferuje menu dla dzieci, bo południowi Milusińscy od wczesnego dzieciństwa próbują normalnych posiłków i zasiadają do stołu razem z dorosłymi. (więcej…)

Czytaj więcej

Xylella – wróg publiczny numer jeden

Witajcie po bardzo długiej przerwie. Kto śledzi fanpage’a bloga na Facebooku, wie, że milczenie nie było bynajmniej spowodowane brakiem tematów (tych nigdy dość) czy weny twórczej (która wręcz mnie rozpiera), tylko – jak to mówią Włosi – dolce attesa, czyli słodkim oczekiwaniem na równie słodkie Maleństwo, które pojawiło się w naszej rodzinie na początku kwietnia.

Niemniej jednak pamiętam też o moim wirtualnym dziecku i już spieszę z przedstawieniem Wam kolejnego, niezmiernie aktualnego problemu, jakim jest obecnie w Salento tajemnicza xylella. (więcej…)

Czytaj więcej

Salento 12 – o co tyle hałasu?

Pisałam już przy okazji artykułu o rustico, że ta właśnie salentyńska rozkosz podniebienia została mi dostarczona do domu w Warszawie, zanim jeszcze moja noga stanęła na półwyspie. Podobnie rzecz się miała z bardzo słynną południową marką ubraniową – Salento 12. No w sumie z tą różnicą że smak rustico doceniłam natychmiast (no ba! każdy by docenił!), natomiast nie do końca wiedziałam, jak zareagować na koszulkę (skądinąd gatunkowo dobrą, trafioną i rozmiarem, i stylem casual) w kolorze czerwonym z żółtym napisem Salento 12. Skąd taki akurat pomysł na prezent? Dlaczego te akurat kolory? A sam napis? (więcej…)

Czytaj więcej

Salentyński krajobraz jest niczym kobieta…

… czyli zaskakujący, urzekający i przede wszystkim zmienny. Można by sądzić – skądinąd słusznie – że definicja salentyńskiego krajobrazu zawiera się w dwóch kluczowych słowach: morza i wybrzeże. To prawda, zwłaszcza jeśli skoncentrujemy się na leniwych letnich miesiącach, kiedy i turystów, i tubylców interesuje tylko i wyłącznie wytchnienie od upału, jakie mogą znaleźć właśnie na adriatyckich czy jońskich plażach. (więcej…)

Czytaj więcej

La focara di Novoli – jedno z największych ognisk świata

Nie było mnie dłuższą tu dłuższą chwilę (aż całe dwa tygodnie!), gdyż nie chciałam na siłę „wymyślać” tematu w ubiegłą środę, skoro już w dniach 16-17 stycznia okazja ku ciekawemu wpisowi sama się nasuwała – salentyńskie miasteczko Novoli (ok. 10 km od Lecce) uroczyście obchodziło święto swego patrona św. Antoniego Opata. Z całą pewnością jest ono jeśli nie najważniejszym, to na pewno najbardziej widowiskowym styczniowym wydarzeniem w Salento, lepiej znanym pod nazwą Focara di Novoli. (więcej…)

Czytaj więcej